Magdalena Bańdo (UŚ Katowice) i Mateusz Bucki (AKF Kraków) zwyciężyli w slalomie równoległym, kończącym sezon AZS Winter Cup. W rywalizacji drużynowej najlepsza okazała się reprezentacja Politechniki Warszawskiej.
Przy wspaniałej wiosennej pogodzie rozegrane zostały ostatnie zawody Akademickiego Pucharu Polski w sezonie 2024/2025. Warunki na Harendzie były ciężkie, ale sprawiedliwe, a rywalizacja miała bardzo ciekawy przebieg. Nie zabrakło nieoczywistych rozstrzygnięć, dużego napięcia, ale pojawił się też akcent humorystyczny. Zwycięzcy wzbogacili się o nagrody w wysokości 10 tys. złotych, które w tym sezonie zostały podzielone – połowa kwoty to czysta gotówka, a połowa jest do odebrania w sprzęcie narciarskim.

Po zapoznaniu się z trasą i pierwszych przejazdach rozgrzewkowych zawodnicy wykazywali sporą niepewność co do warunków, w jakich mieli rywalizować. Michał Czerwiński (PK Kraków) obawiał się, że może być grząsko:
Jestem bardzo zaniepokojony warunkami. Ale myślę, że pan Mariusz da z siebie wszystko i ufam mu. Na pewno będzie dobrze.
Nieco więcej zdradził przed startem Michał Żyto (PW Warszawa):
Trasa wydaje się prosta, ale niestety warunki są trudne. Śnieg jest bardzo miękki, zobaczymy, czy sól złapie i zrobi się twardszy. Na pewno będzie się psuło, więc to, co teraz widzieliśmy podczas inspekcji, może się zmienić. Będzie trzeba obserwować, jak sytuacja rozwija się podczas zawodów. Odległości między bramkami są duże, co daje trochę więcej miejsca na ewentualne ratowanie, ale moim zdaniem będzie loteria.
Paradoksalnie trasa z czasem stawała się raczej lepsza, ponieważ z każdą kolejną rundą zawodnicy dokopywali się do coraz twardszej warstwy i gdzieś w okolicy finałów rywalizacji indywidualnej powstały dwa równe tory, w których możliwe było oparcie na zewnętrznej narcie. Do tego czasu grząskie podłoże sprawiało więcej problemów, co zaowocowało kilkoma efektownymi wywrotkami. Najdobitniej odczuł to Mateusz Płatek (AGH Kraków), który w pojedynku z Maciejem Schiele (AKF Kraków) dwukrotnie leżał. W dużych opałach w drugiej rundzie znalazł się Michał Czerwiński, który po upadku musiał mocno gonić Kacpra Grudnika (UMCS Lublin) po zmianie stron (zawodnik, który wypadnie z trasy w pierwszym przejeździe dostaje 0,5 sek. kary). Sztuka się udała i Michał dotarł aż do wielkiego finału, pokonując po drodze „Topora” (PK Kraków). Wyśmienicie jeździł zdobywca dwóch Kryształowych Kul i największy faworyt Juliusz Mitan (AGH Kraków). Dość łatwo rozprawił się z Leonem Blancem (PK Kraków) oraz Maciejem Schiele. Jednak w półfinale trafił na Mateusza Buckiego, który okazał się przeszkodą nie do przejścia. Mateusz wygrał pierwszy przejazd, ale Julek rzucił się w drugiej próbie i wpadł na metę jako pierwszy. Zegar pokazał 0,01 sek. różnicy na korzyść Buckiego. Była to największa niespodzianka dnia.
W nieoficjalnych zakładach najniższe kursy były na Mitana i Koralewskiego (UEK Kraków), a do finału nie dotarł żaden z nich (Kamil przepadł w drugiej rundzie). O główną nagrodę bój mieli więc stoczyć Mateusz Bucki z Michałem Czerwińskim. Zanim do tego doszło, w małym finale mieliśmy występy żartownisiów. Juliusz Mitan i Jakub Toporowski zepchnęli rywalizację o brąz na drugi plan i w obu przejazdach zaskoczyli publiczność oraz organizatorów. Najpierw na płaskim odcinku zamienili się trasami i wjechali w metę przeznaczoną dla przeciwnika, czym wprowadzili w konsternację szefa zawodów. Zbić z tropu nie dał się Michał Salamon z S-Time, który od razu zaproponował panom dyskwalifikację. To jednak nie był koniec jaj. W drugim przejeździe pierwszy na metę wpadł „Topór” i dostał owację od publiczności. Gdy jednak zdjął gogle okazało się, że Kuba to Julek, a Julek to Kuba, ponieważ panowie zamienili się gumami. To było dobre! W wielkim finale na deskach znalazł się Michał Czerwiński, który upadł w pierwszym przejeździe. Z tak świetnie dysponowanym dziś Mateuszem Buckim nie było szans na odrobienie strat i niespodzianka stała się faktem. Mateusz wpadł w szał radości, a gdy ochłonął, tymi słowami podsumował swój występ:
No, w końcu się udało! To już czwarty rok, kiedy próbowałem, ale zawsze trafiałem na mocnych zawodników. Dzisiaj po raz trzeci zmierzyłem się z Julkiem i w końcu udało mi się go pokonać. Miałem do niego stratę ponad 0,20 sekundy, ale stanąłem w bramce startowej i pomyślałem: nie, dzisiaj ze mną nie wygra, nie ma szans. No i udało się – różnicą 0,01 sekundy! Czasem to właśnie ta jedna setna decyduje o wszystkim.





Rywalizacja pań przebiegała znacznie spokojniej i bez większych zaskoczeń. Do półfinału dotarły wszystkie trzy najwyżej rozstawione zawodniczki czyli Magdlena Bańdo, Maja Chyla (UJ Kraków) i Maja Woźniczka (UW Warszawa). Do tego etapu jak burza wjechała Zofia Bulanda (UW Warszawa), ale w półfinale musiała już uznać wyższość najlepszej slalomistki Akademickiego Pucharu Polski. Rewanż za finał w gigancie AZS Winter Cup nie udał się Woźniczce, która uległa Chyli o 0,37 sek. Na pocieszenie młoda reprezentantka Uniwersytetu Warszawskiego wywalczyła brąz w małym finale. W pięknym pojedynku na szczycie obrończyni tytułu sprzed roku musiała uznać wyższość Magdy, która w swoim pierwszym slalomie równoległym sięgnęła od razu po złoto. Na mecie przyznała, że wysokość nagrody trochę ją paraliżowała:
Na pewno byłam bardzo zestresowana, bo nigdy wcześniej nie startowałam w zawodach, gdzie była tak duża nagroda. Wiedziałam, że mam szansę na wygraną, ale konkurencja była mocna, więc nic nie było pewne. Warunki były trudne, a do tego dużo przejazdów – osiem po slalomie, co też jest sporym wysiłkiem. Bałam się, że zabraknie mi sił na finał, ale było w porządku. Jeszcze przed finałem przecięłam sobie palec nartą, ratownicy musieli mnie opatrzyć, ale na szczęście poczekali na starcie i udało się. Bardzo się cieszę, bo naprawdę strasznie się stresowałam.


Gdy emocje już opadły, do akcji wkroczyły uczelniane drużyny złożone z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn. W większości reprezentacji na listach startowych znaleźli się zawodnicy, którzy nie ścigali się w konkurencji indywidualnej, więc typowanie wyników na podstawie klasyfikacji generalnej AZS Winter Cup nie miało sensu. Drużyny zdecydowało się wystawić osiem uczelni. Zwycięzcę pojedynków wyłaniano na podstawie liczby punktów, których do zdobycia było osiem (po dwa przejazdy każdego zawodnika). W przypadku remisu decydować miała suma różnic czasowych wszystkich uczestników, ale nie trzeba było posiłkować się tym przepisem.
Od początku fenomenalnie radzili sobie przedstawiciele Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa i Politechniki Warszawskiej. Z rekordem 8:0 i 6:2 obie drużyny pewnie zameldowały się w finale. A ten był obłędny, ponieważ żadnej z uczelni nie udało się odskoczyć na więcej niż jeden punkt, po czym rywale doprowadzali do remisu. Przy stanie 4:3 dla Politechniki Warszawskiej, w ostatnim przejeździe dnia, na starcie stanęli Vladyslav Kyryk (PW Warszawa) oraz Ksawery Jaros (AGH Kraków). Władek przegrał swój pierwszy pojedynek z Ksawerym aż o 0,53 sek., więc wszyscy spodziewali się powtórki. Przy remisie „Polibuda” przegrałaby różnicą czasów, więc tylko zwycięstwo ostatniego zawodnika dawało nadzieję stołecznej ekipie. Viktoria Kyryk, Kaja Szczepańska i Michał Żyto zgromadzili się przy ogródku mety pod czerwoną trasą i z niepokojem wpatrywali się w każdy skręt swojego kolegi. Niepokój powoli ustępował, a wraz z upływem kolejnych sekund przeradzał się w ekscytację. Władek wysunął się na prowadzenie, a gdy wpadł na metę z przewagą 0,22 sek. i zdobył piąty punkt dla Politechniki Warszawskiej nastąpiła eksplozja radości. Szampan wypełnił gardła czwórki walecznych zawodników z Warszawy. Nerwy ze stali ma ten chłopak:
Czułem dużą presję, ale wiedziałem, że mogę to zrobić. Pełne skupienie, pełny gaz – i udało się! Mamy świetny zespół, w tym sezonie było dużo młodych zawodników, ale wszyscy jeżdżą fantastycznie, co te zawody tylko potwierdziły. Bardzo się cieszę z takiego zakończenia sezonu
– przyznał wniebowzięty Vladyslav. Z dużą skromnością wypowiadała się Kaja Szczepańska, która jeździła dziś świetnie i wygrała wszystkie swoje pojedynki:
Szczerze? Nie wiem! Naprawdę źle mi się jechało, więc jestem zaskoczona wynikiem, ale oczywiście bardzo się cieszę. Najbardziej stresowałam się przejazdem z Uniwersytetem Warszawskim, bo znałam zawodników i wiedziałam, jak dobrze jeżdżą. Z AGH nie wiedziałam, czego się spodziewać. Ale udało się, całe szczęście, więc super!
Skład na podium uzupełnili reprezentanci Uniwersytetu Warszawskiego, którzy w małym finale wygrali z ekipą Szkoły Głównej Handlowej również z Warszawy.




Zmagania w formule równoległej były ostatnim wydarzeniem przed rozpoczynającymi się jutro Akademickimi Mistrzostwami Polski. Teraz czas na najważniejszą imprezę sezonu w studenckim kalendarzu.
Wyniki obu rywalizacji w slalomach równoległych dostępne są na stronie wintercup.pl.